
Z AGNIESZKĄ CHRZANOWSKĄ rozmawia Wacław Krupiński
- Przeżywa Pani nadal odniesiony we Wrocławiu sukces, kiedy w finale konkursu aktorskiej interpretacji piosenki zdobyła Pani III nagrodę? - Teraz już nie, ale dwa dni po konkursie wciąż śniły mi się te piosenki. - A jak to jest, jak osobie śpiewającej śnią się piosenki?
- To znaczy, że ona tak naprawdę nie śpi, tylko je przeżywa i wciąż śpiewa. Najpierw godzinami leżę nie mogąc zasnąć, a potem wpadam w taki dziwny letarg; widzę, jak stoję na scenie, jak wykonuję kolejny ruch, słyszę swój głos... I tak odtwarzam ten "wewnętrzny film" z konkursu. Nie jest to pełen zapis, a jakieś strzępy - kawałek "Pustki w Środku", potem scena, gdy Camille Claudel jest zamykana w szpitalu... - Wyjaśnijmy, że "Pustka w środku" i "Camille Claudel" to piosenki z Pani muzyką i słowami Michała Zabłockiego, wykonane przez Panią w trakcie konkursu, i że druga z nich poświęcona jest rzeźbiarce, muzie Rodina, która tragicznie zakończyła żywot spędzając 30 lat w zakładzie dla psychicznie chorych. - Poznała Rodina mając 19 lat, zaczęła rzeźbić pod jego okiem, przez 10 lat była jego kochanką, przyjaciółką, współpracownicą - wiele figur w jego pracach, m.in. elementy "Wrót piekieł", jest jej autorstwa. Aż objawiła się Rodinowi jako konkurencja i zaczęła być przez niego coraz okrutniej zwalczana. Rozstali się, niemniej ona - jak opisuje w "Dziennikach" brat, Paul Claudel - cały czas żyła w poczuciu krzywdy, co w ostateczności doprowadziło do choroby psychicznej, prób samobójczych i zamknięcia w zakładzie. Jej prace, wystawione w paryskim muzeum Rodina, są naprawdę wspaniałe. Oglądanie ich mną wstrząsnęło - tak są nieskończenie, czy też skończenie, piękne. Stałam i płakałam. -
Skąd Pani fascynacja tą postacią? - Znałam jej historię z filmu z Isabelle Adjani, potem zaczęłam szukać informacji, książek... Aż dotarłam do muzeum Rodina. A po tygodniu pobytu w Paryżu, Michał, na którym te rzeźby również zrobiły ogromne wrażenie, wręczył mi tekst. W Krakowie od razu zaczęłam pisać muzykę. I dlatego tak się cieszę, że za interpretację i tego utworu dostałam nagrodę i że pani Magda Umer uznała "Camille Claudelle" za najładniejszą piosenkę konkursu. Przy okazji okazało się, że więcej osób zafascynowanych jest postacią tej rzeźbiarki. -
Nieprzespane noce, stres - to opłaca się jeździć na festiwale? - Zawsze przed ważnym wydarzeniem, gdy precyzyjnie ustalam interpretację, wpadając w rozmaite stany psychiczne, okupuję to nieprzespanymi nocami, ale też podczas nich powstaje wiele pomysłów... Tym razem dodatkowo nałożyła się na to straszna grypa, jeszcze w dniu konkursu przyjmowałam antybiotyki. Przez tydzień byłam bez sił... A jednak wierzyłam, że można śpiewać ponad chorobą i że wszystko dobrze się skończy... - I że będzie sukces? - Raz w to wierzyłam, raz nie. - Powtórzę pytanie - opłaca się? -
Pewnie już na wiele festiwali nie pojadę, nawet dzisiaj myślałam, co by było, gdybym do tego konkursu się nie zgłosiła? Pewnie byłabym dużo spokojniejsza, ale jednak nie przeżyłabym wielu sympatycznych sytuacji i wzruszeń. A dla nich warto było. - To proszę powiedzieć, komplement której z osób po konkursie ucieszył Panią najbardziej? - A mogę kilka osób wymienić? To zacznę od pani Magdy Umer, która wyraziła się tak bardzo miło o piosence "Camille Claudel". Także pan Wojciech Młynarski kilka razy podkreślał, że bardzo mu się podobało to, co robię. W ogóle był to niezwykle miły wyjazd, jeżli chodzi o wylewne okazywanie uczuć. Poza tym wrocławska publiczność jest rewelacyjna - ona klaszcze, krzyczy, a potem nie biegnie do domu, tylko przychodzi za kulisy, by dzielić się swoimi uwagami, swą radością. -
Czyli przyjechała Pani doceniona, dopieszczona no i z trzema nagrodami - wspomnianą trzecią w konkursie, plus 5 tys. złotych... - Minus podatek. Niestety. Za to Nagroda im. Agnieszki Osieckiej już była bez podatku, całe trzy tysiące, i jeszcze otrzymałam nagrodę Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Polonica z Kolonii, które zaprosiło mnie na organizowany w listopadzie Chansone Festival, a oprócz tego planuje moje recitale. - To skoro mówimy o pieniądzach. Nagrody pozwoliły Pani zrefundować związane z konkursem wydatki? - Nie byłoby tak różowo, gdyby nie Telekomunikacja Polska SA, która połączyła mnie z tym festiwalem nie tylko telefonicznie. I troszkę mnie dofinansowała, a co ważniejsze, wspomoże też wydanie mojej drugiej płyty. - Sukces - i co dalej?- Irena Santor pytana kiedyś po festiwalowych sukcesach "I co, i co dalej?" odpowiedziała: "Pojadę do domu i zrobię pranie". I to tak jest. Też po powrocie do Krakowa zrobiłam pranie i posprzątałam cały dom. - To wskazane; praca fizyczna pomaga na stres. Ale ja chciałem się dowiedzieć, czy ta nagroda to dla Pani bardziej ukoronowanie dotychczasowych lat śpiewania, czy też rodzaj trampoliny, która pomoże odbić się dalej. - Ukoronowanie na pewno nie, to raczej stempel jakości na tym, co robię na co dzień, i to postawiony przez autorytety w tej dziedzinie. Mam zatem nadzieję, że może mi pomóc robić nadal to, co dotychczas. Wiadomo, że bardzo trudno o promocję - jeśli się nie ma olbrzymich na nią środków - a nagroda kieruje uwagę na laureata. Zresztą nie tylko mediów.
Bezpośrednio po nagrodzie pojawiło się kilka propozycji. Zobaczymy, co się z tego rozwinie. - Do Opola też się Pani, jak słyszę, wybiera... - Może... Szczerze mówiąc nie lubię festiwali. Ale napisałam w ciągu minionego półtora roku trochę piosenek, które, jak sądzę, są chwytliwe na pierwszy rzut ucha, a potem wnikliwy słuchacz doszuka się może i czegoś więcej. Tak więc zastanawiam się, czy nie zaprezentować którejś z nich w konkursie "Premier". - Zamierza Pani zostać popularną piosenkarką? - Oczywiście chciałabym, by to co robię, było bardziej popularne, ale nie za cenę zmiany moich estetycznych przekonań. - A w Opolu preferuje się inną muzykę. - Wiem i dlatego się waham. Ryzyko jest zawsze. Piotr Skrzynecki, gdy trzy lata temu wybierałam się na inny wrocławski festiwal - studencki "Łykend" - odradzał mi przestrzegając, że jury może nie odczytać wszystkich subtelności, które chcę przekazać... On wiedział, że festiwale są stresogenne, że wiążą się z wieloma nieprzyjemnościami i chciał mnie ustrzec przed zawodem. Ostatecznie jednak ustaliliśmy, że pojadę. Wygrałam.
Zadzwoniłam do niego do szpitala, i był bardzo szczęśliwy, opowiadał o tym wszystkim lekarzom i pielęgniarkom. Teraz też, przed wyjazdem do Wrocławia, wielu piwniczan kopiąc mnie... - Kopiąc?!- Tak, daje się kopa na szczęście. I zarazem przestrzegano mnie, że to może się łączyć z rozczarowaniem - że mogę nie zostać doceniona. - Może nie wierzyli w Panią, a może zazdrośnie myśleli, że oto nie oni, a Pani odniesie sukces... - Naturalnie w niczyje myśli wniknćć nie jestem w stanie, niemniej chcę wierzyć, że to było szczere. - A gdyby wrocławskie jury nie przyznało Pani żadnej nagrody - byłby wielki ból? - Myślę, że byłabym trochę zawiedziona, ale naturalnie nie zabiłabym się... Mimo wszystko byłam w niezłej formie psychicznej na tym festiwalu - trzymało mnie przy życiu nagrywanie drugiej płyty. - To pomówmy o niej... Muzyka, jak i na pierwszej płycie, będzie Pani, a teksty? - W większości sięgnęłam po wiersze Michała Zabłockiego, ale będzie m.in. i Bolesława Leśmiana "Śmierć wtórna", a także wiersz "Na ziarnku maku" Czesława Miłosza, który - z czego się cieszę - zaakceptował ten fakt. Będzie także "Zbłąkany list" Tomasza Adamskiego, ongiś lidera zespołu "Siekiera", którego obecna twórczość bardzo mi odpowiada.
- Przypominam, że obiecała mi Pani, że druga płyta będzie weselsza. - I słowa dotrzymam. Większość utworów jest bowiem wynikiem pozytywnych przeżyć i emocji. Aczkolwiek obok zabawnych tekstów będą i smutne, jak "Camille Claudel", czy wiersz Leśmiana. - Od lat konsekwentnie dąży Pani do celu. Liceum muzyczne, potem Studio Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, lekcje śpiewu w szkole muzycznej w greckiej Kavali, rok studiów na katowickiej Akademii Muzycznej, Studio Aktorskie SPOT w Krakowie, teraz kierunek wokalno-estradowy PWST... - I każde z tych doświadczeń miało i ma wielki sens. Oczywiście, zdarzało się, że opuszczałam szkoły i uczelnie... - Obecne studia także Pani przerwie? - Pewnie nie, bardzo sobie je bowiem cenię, zwłaszcza sprawy warsztatowe, techniczne. Np. dzięki pani profesor Alicji Sławeckiej, która zajmuje się impostacją, zdecydowanie lepiej mi się śpiewa. A pani profesor nie dość, że uczy śpiewać, to jeszcze uczy życia... - I czego się Pani nauczyła w tym względzie? - Na przykład, jak postępować z mężczyznami...
- Czyżby Pani nie umiała?- Nigdy nie wie się wszystkiego. A przede wszystkim - wracam do tonu serio - pani Alicja potwierdziła to, że należy słuchać siebie i swojej intuicji. - A Pani intuicja kiedy podpowiedziała, że śpiewanie to jest to? - Nie pamiętam Mnie się wydaje, że od zawsze robię to samo. - Wiem. Zaczęła Pani jako 5-letni berbeć grać na parapecie. - Ale też na skutek tego dostałam od dziadka taką miniaturę fortepianu i już zaczęłam układać pierwsze melodyjki. I zawsze sprawiało mi przyjemność granie czegoś, co jest moje. Nawet jeśli to było kilka dźwięków. A potem poważniej zajęłam się muzyką w liceum. Te pierwsze motywy wydały mi się bardzo filmowe, nawet kilka lat później, gdy byłam w Gdyni, napisałam muzykę do filmu pewnego węgierskiego reżysera. Może kiedyś do mniej powrócę... - Wykonuje Pani wyłącznie piosenki z własną muzyką. - Śpiewałam także utwory inne, ale szczerze mówiąc najlepiej czuję się w własnych. To mi sprawia największą przyjemność. Choć nie wykluczam, że jeśli otrzymam coś, co mnie zachwyci... Ale na razie to się nie zdarzyło. - Kompozytorzy nie dają Pani piosenek, bo wiedzą, że Pani woli swoje. - Widocznie tak ma być. Wydaje mi się, że istotne dla mnie jest znaleść to, co chcę powiedzieć, oprawić to muzyką i to wyrazić. - Ale tekstów już Pani nie pisze? - Kiedyś pisałam - nie tylko dla siebie. Będąc w Grecji napisałam kilka angielskich tekstów do muzyki Krzysztofa Baki... - Piosenki z Pani pierwszej udanej płyty "Nie bój się nic nie robić" tak rzadko były w radio... - Droga do słuchaczy dla takich wykonawców jak ja jest, niestety, ograniczona. Niechby było dla nas małe pasmo, ale byle było w ogóle. Żebyż tak powstało radio nastawione na takie piosenki... - I francuskie, i włoskie... To co jest największym źródłem stresu w tym zawodzie - nieustanna walka, by zaistnieć, lęk przed porażką? - Walka z samą sobą - z własnymi dolegliwościami, ze zmęczeniem, które powoduje, że gorzej się śpiewa. A to rodzi we mnie stres, nawet źle zaśpiewana jedna nuta. Na szczęście występ powoduje taką mobilizację, że śpiewa się ponad sobą, ponad własnym zmęczeniem. - A nie myślała Pani o płycie live? - Myślałam, możliwe, że dojdzie w Warszawie do koncertu z orkiestrą Polskiego Radia i być może, że zostanie on nagrany... Padła taka propozycja. Ale korci mnie także, by nagrać płytę z samym fortepianem. - Zapytam jeszcze o Grecję, kraj Pani dziadka; jak wiem, stale Pani tam wraca, ale w muzyce Pani to się nie odzwierciedla... - Mam taki plan, żeby przetłumaczyć kilka rzeczy na ten język i z greckimi muzykami nagrać płytę opartą na mitach - "Mitologika". - Po grecku? Chce pani wejść na tamten rynek? - Kiedyś firmie BMG w Atenach zaproponowałam kasetę z piosenkami śpiewanymi po angielsku, to były kompozycje wspomnianego Krzysztofa Baki. I wtedy usłyszałam: "Gdyby to było po grecku...". Wychodziłam stamtąd obrażona, że oni w ogóle nie są Europejczykami. Po latach zrozumiałem, że cząstka tego języka tkwi we mnie i zakochałam się w tym języku na tyle, by chcieć w nim śpiewać. Znaleźć słuchaczy w ojczyźnie dziadka, to sprawiłoby mi olbrzymią radość. - W Grecji chce Pani atakować BMG, w Polsce jest Pani związana z małą firma fonograficzną "Poemat" - nie kusi Panią współpraca z jakimą z potentatem? - Obawiam się, że umowa z wielka firmą ograniczyłaby moją niezależność. A poza tym - nikt się do mnie nie zgłasza... Może po nagrodzie wrocławskiej coś się zmieni. - Duża firma daje inne możliwości reklamy, dotarcia do większego grona odbiorców, a co za tym idzie większć sprzedaż płyty... - Ciągle wierzę w to, że zmienić należałoby tylko jedno - sposób dotarcia do słuchaczy. Do potencjalnych odbiorców, którzy są, co pokazują choćby tłumy na występach Piwnicy pod Baranami. Niestety, polityka repertuarowa w rozgłośniach radiowych i publicznej telewizji jest nastawiona wyłącznie na jeden rodzaj muzyki. Stąd niektórzy artyści zmieniają styl, inaczej aranżują, by "dobić" do obowiązującego stylu. - W efekcie wszyscy brzmią tak samo. A Pani się nie poddaje i dlatego Agnieszki Chrzanowskiej nie ma w radiu ani telewizji.- Nieraz się pojawiam - W Trójce, w radiu Plus, w radiu Kraków... - Albo w reklamie. - Też. Kilka razy stworzyłam muzykę do reklamówek. - Też jest to sposób, by zaistnieć w radio i telewizji. To które to sa te Pani najczęściej emitowane melodie? - Wykorzystałam m.in. fragment nagranej na pierwszej płycie "Zasłonki". Dalej może nie ma sensu wymieniać. - To przed Panią może i laury na krakowskim Festiwalu Filmu Reklamowego i Reklamy? - Jak wspomniałam wcześniej - nie przepadam za festiwalami. - A teatr... - Uwielbiam, są spektakle na które chodzę wiele razy, "Mizantropa" w reżyserii Krzysztofa Nazara oglądałam 12 razy. - Domyślam się, że w Starym Teatrze ma Pani abonament. Ale ja chciałem zapytać o Panią w teatrze. W 2002 roku otrzyma Pani dyplom PWST, wprawdzie kierunku wokalno-estradowego, niemniej jednak w szkole teatralnej... Pociąga Panią teatr muzyczny? - Chyba nie. Musiałby to być jakś specyficzny projekt. Uwielbiam musicale, zachwycam się występującymi w nich artystami, ale nie wyobrażam sobie siebie fikającej nogami i śpiewającej. - Czyli kankan odpada. - Zdecydowanie. Niemniej mam nadzieję, że śpiewanie pozostanie ze mną na dłużej.
Dziennik Polski, 21 lipca 1998r. Oryginalny tytuł - "Z parapetu do piwnicy"Mam przed sobą uroczą płytkę promocyjną. "Dzień dobry Państwu, nazywam się Agnieszka Chrzanowska. Posłuchajcie kota, psa, Jasia, myszy, duszy, zasłonki i nie bójcie się, nie bójcie się nic nie robić" - wita nas tytułami piosenek Agnieszka Chrzanowska - piosenkarka, kompozytorka, artystka Piwnicy pod Baranami.Ma talent, urodę, figurę, wdzięk, świetny głos, muzyczne przygotowanie i nadal się kształci, by potrafić jeszcze więcej. Jeśli tylko moce nieczyste naszego show-biznesu nie wkroczą, to wkrótce gwiazda Chrzanowskiej powinna zapłonąć tak mocno, jak wielki wydaje się talent i siła tej dziewczyny. Jej płyta z 13 piosenkami ma ukazać się jesienią, obecnie powstaje pierwszy teledysk do jednej z piosenek, a przygotowuje go Michał Zabłocki - tak, ten od wideoklipów Grzegorza Turnaua, warszawski poeta, zaprzedany coraz bardziej, hm, Krakowowi. On też napisał większość tekstów Agnieszce. Muzykę pisze naturalnie sama wykonawczyni i to świetnie, o czym przekonuje wspomniana płytka z pięcioma wielce udanymi piosenkami, a - jak mówi mi ich twórczyni - pozostałe są jeszcze lepsze.Kim jest Agnieszka Chrzanowska? Długo by pisać. Miała 5 lat, gdy dwie babcie widząc, jak wnuczka na parapecie rysuje klawiaturę fortepianu i "gra", kupiły jej instrument prawdziwy. A potem już od 15 roku życia uczyła się śpiewu. Było Liceum Muzyczne w Katowicach, niemal skończone, studio Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, był rok na Wydziale Wokalnym Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w katowickiej Akademii Muzycznej, była szkoła wokalna w Kavali w Grecji, na opłacenie której zarabiała Agnieszka, ucząc dzieci w szkole muzycznej gry na fortepianie (dodajmy w tym miejscu, że jej dziadek jest Grekiem), byłe wspólne nagrania ze Stanisławem Sojką, była praca w charakterze asystentki Bogusława Schaeffera w Kleines Theater w Salzburgu, było Studio Aktorskie SPOT w Krakowie.Ostatnio zdała Chrzanowska egzamin do krakowskiej PWST na kierunek estradowo-wokalny. A wszystko po to, by śpiewać!W Krakowie od dwóch lat można słuchać Agnieszki Chrzanowskiej w Piwnicy pod Baranami, tam też daje swe recitale. Jej piosenki mają w sobie piwniczny urok i klimat, ale zarazem o nich nie można by patetycznie powiedzieć, że to piwniczne pieśni; nie, to piosenki - melodyjne, dobrze zaśpiewane mocnym, pewnym głosem, a tytułową - "Nie bój się nic nie robić" można by bez trudu uczynić przebojem. Podobnie jak np. "Kalendarz", jak "Duszę". Chrzanowska dobrze czuje się w piosence charakterystycznej, świetnie radzi sobie w jazzowej balladzie "Zasłonka", jest w jej śpiewie zalotność, niewinność, zwiewność, jest pierwiastek tajemnicy... Jej się po prostu chce słuchać. Atutem tych piosenek są także doborowi muzycy, którzy towarzyszą piosenkarce - m.in. Jacek Królik, Leszek Szczerba, Michał Półtorak, Mariusz Pędziałek, Konrad Mastyło.Płytę firmuje Wydawnictwo Poemat, ale, jak słyszę, ma być dystrybuowana w sieci BMG Poland, jest więc szansa, że nie zginie ona w powodzi rozmaitego bełkotu słowno - muzycznego, wydobywanego z komputerowego wnętrza.Po tych pięciu piosenkach, po kilku spotkaniach z Agnieszką Chrzanowską w programach słynnego kabaretu chcę wierzyć, że jej się uda. I tego jej życzę. A płytę "Nie bój się nic nie robić" już zawczasu miłośnikom dobrej piosenki polecam.
WACŁAW KRUPIŃSKI